Niemen - strona nieoficjalna
Czesław Niemen poprzedni   następny

Strona główna  
Powrót


 


Bohdan GADOMSKI (ANGORA 38/97)

Piękny jest ten świat...
- Rozmowa z CZESŁAWEM NIEMENEM


Z politowaniem patrzę na tych, którzy mają wielkie pretensje, a niewiele sobą reprezentują. A co tu mówić o tych, którzy naprawdę są znakomici?

CZESŁAW NIEMEN , lat 58, znak Wodnika. Swój pseudonim, który stał się w w końcu jego urzędowym nazwiskiem, zaczerpnął od rzeki, nad którą się urodził jako Czesław Wydrzycki. Od zawsze uchodził za najbardziej oryginalnego polskiego piosenkarza. Dziś jest także kompozytorem (twórcą muzyki filmowej, teatralnej i piosenek). Ongiś szokował i gorszył polską opinię publiczną, dziś funkcjonuje na rynku jako wielka legenda polskiego rocka i jako ciągle frapująca i niezwykle twórcza osobowość. Obecnie pracuje nad zebraniem całego dorobku muzycznego, który wyda na razie na 12 albumach płytowych (materiał archiwalny jest zarejestrowany przez Polskie Nagrania) pod wspólnym tytułem "NIEMEN OD POCZĄTKU".

- Podobno pana filozofia życiowa jest prosta i zamyka się w dwóch zdaniach: - "Chodzić po trawie, będąc świadomym, że pod stopą kipi życie. Żyć i dać żyć innym". Czy ona zawsze taka była, czy też powstała niedawno w wyniku zebranych doświadczeń i przemyśleń?

- Była zawsze, ale wiadomo, że do końca tak się nie da. Świat jest tak urządzony, że wszystko pożera wszystko. Na początku byłem tak samo mięsożerny jak inni, ale 15 lat temu zaprzestałem jadać mięso i jestem na takim etapie, że jedynie unicestwiam jarzyny i owoce.

- Na początku były stare, zapamiętane z dzieciństwa melodie białoruskie, litewskie i rosyjskie, z echami wsi kresowej oraz dziewcząt z grabiami wracającymi ze śpiewem na ustach. Był także smutek i tęsknota do rodzinnej nowogródzkiej ziemi. Ten słowiański klimat, towarzyszył panu przez całe twórcze życie i jest obecny do dziś?

- Ale ja ulegałem trendom powszechnej amerykanizacji, choć na tyle być może nieperfekcyjnie, że nie uległem jej totalnie. W związku z tym zostawiłem to, co wyniosłem ze swojego wychowania. Urodziłem się we wsi polskiej, chociaż obecnie jest tam Białoruś. Folklor docierał do mnie różnoraki, w tym i polski. Były więc słowiańskie motywy i słowiański dotyk, który do dziś zachował się w moim myśleniu. Kiedyś nagrałem płytę z rosyjskimi piosenkami ludowymi, ale w manierze gospelowo-bluesowej.

- Jestem ciekaw, jakim chłopcem był pan do momentu opuszczenia rodzinnej wsi i ucieczki z niej przed groźbą wcielenia do Armii Czerwonej?

- W ostatniej chwili udało mi się namówić rodzinę do repatriacji. Było to w okresie, w którym Władysław Gomułka, zażądał powrotu Polaków, którzy znaleźli się po stronie sowieckiej. Rodzice pozostali u rodziny na Pomorzu, a ja zatrzymałem się w Gdańsku, gdzie rozpocząłem edukację muzyczną. Tam nikt mi nie wymyślał, że jestem zza Buga, a jak już ktoś mi to przypomniał, to odpowiadałem "jestem raczej zza Niemna". W średniej szkole muzycznej wybrałem naukę gry na fagocie, bo nie miałem za sobą szkoły podstawowej. Rodzinne kłopoty (śmierć ojca), spowodowały, że musiałemu pożegnać się ze szkołą, po 3 latach uczęszczania, tym bardziej że nie przyznano mi stypendium. Dorabiałem śpiewając w klubie, co dyrekcji się nie podobało, choć na fagocie miałem najlepszy ton w szkole.

- Z jednej strony muzyka ludowa, z drugiej południowoamerykańska, a pośrodku jazz. To trochę dziwny konglomerat?

- Tym bardziej że moją prawdziwą miłością była muzyka symfoniczna. Jako młody człowiek w końcu lat 50., uległem fascynacji tamtych lat, czyli muzyce południowoamerykańskiej. Śpiewałem taką muzykę, bo ją lubiłem, a innej muzyki jeszcze nie znałem. Ponadto miałem odpowiedni do tego "słodki głos". Dopiero później przekwalifikowałem się, kiedy zacząłem fascynować się Ray Charlesem i żeby uzyskać podobne do niego brzmienie głosu, próbowałem zmienić barwę swojego. Z czasem ochrypłem, nabrałem patyny w głosie i... zacząłem to wykorzystywać. Dziś nie potrafiłbym już zaśpiewać niczego gładko i słodko. Co do jazzu, to nigdy go nie uprawiałem raczej fascynował mnie blues i odłam soulu, którym przecierałem ścieżki w polskiej muzyce rozrywkowej przez trzy lata wraz z zespołem "Akwarele". Nigdy nie umiałem precyzyjnie naśladować i to mnie uratowało. Wypracowałem własny styl.

- A co z Bachem, którego twórczość zawsze była dla pana największą skarbnicą pomysłów?

- Wiadomo, że Bach stworzył rzeczy niepowtarzalne i wielkie dzieła. Cała polifonia czerpie dziś z jego myślenia muzycznego. Ja nie czerpałem, chociaż jako pierwszy w Polsce grałem na organach Hammonda, bo tę umiejętność wyniosłem z kościoła.

- Kiedy miał pan 9 lat, wróżono mu wielką karierę śpiewaczą, bo śpiewał pięknym altem chłopięcym. Ale później stracił pan głos w wyniku choroby gardła i pewnie dlatego śpiewakiem nie został?

- Nie wiem, skąd wzięła się ta legenda, nigdy głosu nie straciłem, a predyspozycje wokalne dane mi były przez naturę. To ojciec mianował mnie "Kiepurą", ale poza tym nikt się tym, co potrafiłem, poważnie nie przejmował. Co prawda, często chorowałem na zapalenie gardła, ale jak się dużo śpiewa, to się choruje. Dopiero po latach doszedłem do wprawy posługiwania się gardłem, co uchroniło mnie przed tymi dolegliwościami.

- Pana głos jest niezwykle oryginalny, jedyny w swoim rodzaju i niepodobny do innych. Czy pan to akceptuje i nie ma zastrzeżeń, chociaż jest bardzo samokrytyczny w stosunku do siebie?

- Dlatego jestem inny, gdyż nie umiem - jak już powiedziałem - naśladować innych zbyt dokładnie.

- Z tym głosem, z tym stylem i z tą charyzmą, mógł pan robić karierę światową, ale na próbach we Włoszech i we Francji się skończyło. Dlaczego nie wyszło?

- Pozwoli pan, że przytoczę fragment wiersza K.C. Norwida, pt. "Vanitas", jego pierwszą zwrotkę: "Francuzom, że są najmądrzejsi, minister oświaty co rok głosi. Anglik, nie mniej sam się ocenia, choć Włoch porównania nie znosi". W 1965 roku otrzymałem na Międzynarodowym Festiwalu w Rennes trzy nagrody, podpisałem kontrakt ze znaną firmą płytową "AZ" i nagrałem 4 piosenki na mojej jedynej płycie francuskiej. Dyrektor tej firmy był na tyle zachwycony, że pozwolił mi zrobić wersję po polsku. Dzięki temu powstał "Sen o Warszawie", lecz na tym się skończyło, bo żeby kontynuować karierę, musiałbym zostać we Francji i zmagać się z tamtejszym szowinizmem. Jak wiemy, Francuzi pod tym względem są nieprzejednani i lansują własnych piosenkarzy. Podobnie było we Włoszech, gdzie włoskie związki zawodowe nie dopuściły mnie w ogóle, a miałem w 1970 roku wystąpić na festiwalu w San Remo. To tylko my, Polacy, byliśmy tacy gościnni i wylewni dla wszystkich artystów ze świata. Próbowałem też wejść na rynek niemiecki, anglosaski i tam również skończyło się na tym, że dbano tylko o swoich. Ja byłem bezkompromisowy w tamtym czasie i robiłem swoje, bo uznawałem, że muszę zachować własną odrębność. Choć miałem bardzo dobre recenzje po moich koncertach w Niemczech, w Skandynawii i w krajach Beneluksu, to jednak firma, dla której nagrywałem, nie przyłożyła się prawidłowo do promocji moich płyt. W rezultacie, w 1971 roku postanowiłem, że nie będę czynił żadnych prób przebijania się na zachodni rynek. Przez następne prawie 7 lat pracowałem we własnym studiu, w sali prób Teatru Narodowego, za dyrekcji Adama Hanuszkiewicza.

- W Polsce też niełatwo było panu egzystować, bo ciągle wytykano panu, a to za długie włosy, a to zbyt ekscentryczne stroje albo zbyt swobodne obchodzenie się z literaturą narodową i poezją. Gorszył pan i bulwersował Polaków, a jednak udało się przemówić do nich własnym językiem i tym, co sobie pan założył. Za jaką cenę?

- Za cenę stresów, bo na zdrowie na pewno mi to nie wyszło, chociaż nie dałem się do końca. Weźmy chociaż taki festiwal sopocki. Ileż ja miałem trudności, żeby na nim wystąpić?! Wciąż bano się mnie tam zaprosić. Dopiero w 1979 roku podjęto decyzję na tak i... wygrałem, otrzymując nagrodę Grand Prix. Po sukcesie, zaczęto opowiadać, że miałem układy. Typowo polskie piekiełko. Od samego początku pozostawałem poza układami i jest to jedyna przyczyna, dla której tak długo funkcjonuję.

- Apogeum pana najbardziej aktywnej działalności, przypadało na niefortunne czasy komunizmu, który nie zezwalał na lansowanie takich indywidualności jak pan. Jakie były pańskie relacje z władcami kultury i systemu politycznego w tamtych czasach?

- Były różnego rodzaju zabiegi ze strony decydentów. Próbowano nas nawet obłaskawiać. W najmniej spodziewanym momencie przyznano mi nawet Złoty Krzyż Zasługi. Była to ewidentna próba pozyskania mnie dla swoich politycznych celów. Przytoczę tu słowa Herberta: "Kto ma lepszą sztukę, ten ma lepszy rząd".

- I co, przygłaskali pana?

- Nigdy, ale jak się gdzieś pokazałem, to zaczęto mi przypisywać współpracę z władzami kulturalnymi PRL-u, podczas gdy ja zawsze pozostawałem z nimi na bakier.

- Zostawmy już wspomnienia i odległe czasy, zatrzymajmy się przy teraźniejszości. A propos - czy lubi pan żyć wspomnieniami, czy też tym, co dzień niesie?

- Kiedyś byłem bardzo bezkompromisowy i nie oglądałem się za siebie, miałem więcej przed sobą. Teraz mam mniej przed sobą i automatycznie oglądam się również za siebie.

- I właśnie dlatego wstaje pan każdego ranka nie później niż o godzinie ósmej?

- Bywa, że nawet wcześniej. Rano pracuje się najbardziej efektywnie. To normalny i prawidłowy cykl biologiczny. Próbuję być konsekwentny, chyba że muszę pół nocy zarwać.

- Bardzo dużo pan pracuje przy komputerze. Czy on aby nie zdominował pana całkowicie, a pan po raz pierwszy nie poddał się jego magii i nieograniczonym możliwościom?

- Obecna komputeryzacja pracy ludzkiej, nie jest niczym szczególnym. Komputer to narządzie bardziej efektywne, niż inne. Cała seria "remasteringu" starych nagrań nie byłaby możliwa bez komputera. Konkluzja jest prosta - komputer jest narządziem, a nie celem. Do tego dochodzą tzw. multimedia, czyli oprócz muzyki obraz i słowo. Bez komputera nie poradziłbym sobie.

- Jak długo oswajał się pan z komputerami?

- Już 12 lat temu i z biegiem rozwoju tej dziedziny, również się rozwijałem. Cały czas inwestuję w zakup sprzętu, który daje mi swobodę w działaniu.

- Aby nie tylko pisać na nim wiersze, teksty piosenek, ale także rysować?

- Kiedyś ręcznie projektowałem swoje płyty, teraz komputer pozwala mi je przygotować do druku, że żadna drukarnia nie może tego zepsuć.

- Czyli na dobre wsiąkł pan w multimedia?

- Tak by można powiedzieć.

- Skąd wziął się pomysł na zrekonstruowanie i wydanie na płytach compactowych całego muzycznego dorobku?

- Musiałby pan sięgnąć do notek na moich płytach. Każda zawiera swoją historyjkę związaną z danym czasem. Już zapowiedziano wydanie 12 płytowej serii, a ja jej jeszcze nie skończyłem. Obecnie pracuję nad 6 płytą. Po ukończeniu całości będę się musiał zająć epizodami zagranicznymi, do tego dojdzie muzyka teatralna i filmowa. W końcu tego roku chciałbym wydać singla, zapowiadającego nową płytę z nowym repertuarem. Jednocześnie w te działania wchodzi również praca nad teledyskami dla wspomnianych piosenek.

- W swojej muzyce przechodził pan przez różne etapy, nigdy nie zniżając się do łatwej komercji. Na jakim etapie jest pan obecnie?

- Jestem trochę na rozdrożu. Przeraża mnie nadprodukcja. Jest tylu śpiewających ludzi, których nie obowiązuje żaden kunszt wokalny i żadna umiejętność śpiewania. Tylko, że te "nowe rzeczy", które dopiero powstają, dla mnie są wtórne. W zasadzie cały repertuar na płytę mam od dawna napisany, pozostaje tylko zaaranżować w taki sposób, aby nie ulec obowiązującej obecnie modzie.

- Czy nadal występuje pan na samodzielnych koncertach?

- Czasami wrystępuję z muzykami, niekiedy sam, jednak niezbyt często. Miewam okresy wielkiej niechęci do popisywania się.

- Dlaczego?

- Bo wydaje mi się to takie głupie. Z politowaniem patrzę na tych, którzy mają wielkie pretensje, a niewiele sobą reprezentują.

- Jak udały się wielkie koncerty z pana udziałem w największych salach i halach, przypominające największe polskie przeboje?

- Uważam, że nadzwyczajnie i przekonałem się, że pamięć ludzka o mnie jeszcze się nie zatarła.

- Jak znajduje pan polski rynek muzyczny z nowymi gwiazdkami?

- Całkiem nieźle. U nas prym wiodą kobiety znakomicie śpiewające, dorównujące światowym standardom. Animatorzy show-businessu wciąż chcą mieć nowe twarze, tylko co będzie z tymi starymi, które jeszcze się nie zestarzały do końca? Młodzież zawsze jest w opozycji do starszych i wiadomo, że będzie słuchała przede wszystkim swoich rówieśników.

- A jak widzi pan miejsce na rynku dla swoich dwóch córek, które także zaczynają śpiewać?

- Na razie zaczęło być głośno nie o tej, która naprawdę debiutuje. Ale mniejsza o to, ta druga kończy nagrywać płytę i jak wyda, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Natalia i Eleonora mają jeszcze czas. Same nie podniecają się tym, co dzieje się wokół nich. Z pewnością obie są utalentowane i jak będą chciały, to proszę bardzo, niech śpiewają. Tylko, żeby totalnie nie poszły za modą, chociaż to nie będzie łatwe. Każda młodzież ma predyspozycje, żeby zawierzyć temu, co modne. Nie będę do tego przykładać ręki, gdyż byłoby to nie fair.

- Jak to? Puści pan córki na głębokie wody i nie będzie im niczego doradzał?

- Jako ojciec zawsze doradzam, inna sprawa, czy one z tych rad skorzystają.

- A jaki jest pana stosunek do kariery swojej żony, słynnej modelki i fotomodelki, Małgorzaty Niemen?

- Osobiście nigdy nie ekscytowałem się modą, ale moja żona robiła to z dużym wdziękiem i stała się oryginalną i ciekawą postacią. Znam poprzez żonę sporo projektantów, ale na modę patrzyłem i nadal patrzę z przymrużeniem oka. Jest to zabawa, w której moja żona nie zwariowała na serio, bo np. na co dzień ubiera się byle jak.

- Na co dzień unika pan tłumów, zgiełku, lubi spokój i ciszę. Z czego to wynika?

- Tłum mnie przerażał od wczesnego dzieciństwa, od momentu, kiedy zemdlałem w kościelnym tłoku.

- A co z życiem towarzyskim i bankietowym?

- O, to nie dla mnie, nie odczuwam takich potrzeb.

- Czyli z natury jest pan samotnikiem?

- Przyjaźnię się z różnymi ludźmi, ale nie spotykamy się ze sobą po to, żeby urządzać party i popijawy.

- I nie jeździ pan już tak szybko samochodem, jak kiedyś?

- Tak naprawdę, to ja już nie potrzebuję jeździć i można powiedzieć, że nie mam samochodu. Tam, gdzie muszę dojechać, zawsze mnie podwiozą. Wszyscy chcą mieć samochód, ale nie zdają sobie sprawy, że ledwo sami się mieścimy, a tu jeszcze samochód! Jest to przerażające.

- Czy to prawda, że żelaznym punktem dnia w pana domu są "Wiadomości telewizyjne"?

- Lubię oglądać "Wiadomości" ze względu na walor tego typu programu, a mnie interesuje psychologia i czasami analizuję - dlaczego właśnie takie wiadomości, zdaniem telewizora, są najważniejsze, bo sam znam milion innych bardziej ważniejszych. Często polemizuję z telewizorem i dlatego oglądam w nim programy.

- Podobno każdy dzień rozpoczyna pan od lekkiego rozruszania się, bo uważa, że forsowna gimnastyka w pana wieku nie jest wskazana?

- Gimnastyki nie robię, ale jak wpadnę w trans, to i 16 pompek zrobię!

- Jak znosi pan upływ czasu?

- Bez bólu.

- Mając możliwość cofnięcia go lub zatrzymania, skorzystałby pan z tego i dokonał zmian?

- Zostawiłbym przepływ czasu zbiegowi okoliczności.

- "Dziwny jest ten świat" - śpiewał pan w swoim największym przeboju. Czy dziś ów świat jest dla pana jednakowo dziwny i skomplikowany, czy też niewiele się w nim zmieniło w jego złożoności, dziwności i zawirowaniu?

- Kiedyś wypowiadano się na temat tekstu tej piosenki, że jest to "bajoro poetyckie", tylko nie rozumiano jednej rzeczy, że prosta informacja tekstowa, odpowiednio podana, ma większą wagę, aniżeli bardzo wykwintny i poetycki tekst. W nim zawarte są trzy rzeczy: dziwny jest ten świat ludzkich spraw, wiara w rozsądek człowieka oraz nawoływanie do zaniechania nienawiści. Świat jest piękny, tylko sprawy ludzkie są brzydkie, coraz brzydsze.


na górę