Piękny jest ten świat...
- Rozmowa z CZESŁAWEM NIEMENEM
Z politowaniem patrzę na tych, którzy mają wielkie
pretensje, a niewiele sobą reprezentują. A co tu mówić o
tych, którzy naprawdę są znakomici?
CZESŁAW NIEMEN
, lat 58, znak Wodnika. Swój pseudonim,
który stał się w w końcu jego urzędowym nazwiskiem,
zaczerpnął od rzeki, nad którą się urodził jako Czesław
Wydrzycki. Od zawsze uchodził za najbardziej oryginalnego
polskiego piosenkarza. Dziś jest także kompozytorem (twórcą
muzyki filmowej, teatralnej i piosenek). Ongiś szokował i
gorszył polską opinię publiczną, dziś funkcjonuje na rynku
jako wielka legenda polskiego rocka i jako ciągle frapująca
i niezwykle twórcza osobowość. Obecnie pracuje nad
zebraniem całego dorobku muzycznego, który wyda na razie na
12 albumach płytowych (materiał archiwalny jest
zarejestrowany przez Polskie Nagrania) pod wspólnym tytułem
"NIEMEN OD POCZĄTKU".
- Podobno pana filozofia życiowa jest prosta i zamyka
się w dwóch zdaniach: - "Chodzić po trawie, będąc
świadomym, że pod stopą kipi życie. Żyć i dać żyć innym".
Czy ona zawsze taka była, czy też powstała niedawno w wyniku
zebranych doświadczeń i przemyśleń?
- Była zawsze, ale wiadomo, że do końca tak się nie da.
Świat jest tak urządzony, że wszystko pożera wszystko. Na
początku byłem tak samo mięsożerny jak inni, ale 15 lat temu
zaprzestałem jadać mięso i jestem na takim etapie, że
jedynie unicestwiam jarzyny i owoce.
- Na początku były stare, zapamiętane z dzieciństwa
melodie białoruskie, litewskie i rosyjskie, z echami wsi
kresowej oraz dziewcząt z grabiami wracającymi ze śpiewem na
ustach. Był także smutek i tęsknota do rodzinnej
nowogródzkiej ziemi. Ten słowiański klimat, towarzyszył panu
przez całe twórcze życie i jest obecny do dziś?
- Ale ja ulegałem trendom powszechnej amerykanizacji,
choć na tyle być może nieperfekcyjnie, że nie uległem jej
totalnie. W związku z tym zostawiłem to, co wyniosłem ze
swojego wychowania. Urodziłem się we wsi polskiej, chociaż obecnie jest
tam Białoruś. Folklor docierał do mnie różnoraki, w tym i
polski. Były więc słowiańskie motywy i słowiański dotyk,
który do dziś zachował się w moim myśleniu. Kiedyś nagrałem
płytę z rosyjskimi piosenkami ludowymi, ale w manierze
gospelowo-bluesowej.
- Jestem ciekaw, jakim chłopcem był pan do momentu
opuszczenia rodzinnej wsi i ucieczki z niej przed groźbą
wcielenia do Armii Czerwonej?
- W ostatniej chwili udało mi się namówić rodzinę do
repatriacji. Było to w okresie, w którym Władysław Gomułka,
zażądał powrotu Polaków, którzy znaleźli się po stronie
sowieckiej. Rodzice pozostali u rodziny na Pomorzu, a ja
zatrzymałem się w Gdańsku, gdzie rozpocząłem edukację
muzyczną. Tam nikt mi nie wymyślał, że jestem zza Buga, a
jak już ktoś mi to przypomniał, to odpowiadałem "jestem
raczej zza Niemna". W średniej szkole muzycznej wybrałem
naukę gry na fagocie, bo nie miałem za sobą szkoły
podstawowej. Rodzinne kłopoty (śmierć ojca), spowodowały, że
musiałemu pożegnać się ze szkołą, po 3 latach
uczęszczania, tym bardziej że nie przyznano mi stypendium.
Dorabiałem śpiewając w klubie, co dyrekcji się nie podobało,
choć na fagocie miałem najlepszy ton w szkole.
- Z jednej strony muzyka ludowa, z drugiej
południowoamerykańska, a pośrodku jazz. To trochę dziwny
konglomerat?
- Tym bardziej że moją prawdziwą miłością była muzyka
symfoniczna. Jako młody człowiek w końcu lat 50.,
uległem fascynacji tamtych lat, czyli muzyce
południowoamerykańskiej. Śpiewałem taką muzykę, bo ją
lubiłem, a innej muzyki jeszcze nie znałem. Ponadto miałem
odpowiedni do tego "słodki głos". Dopiero później przekwalifikowałem
się, kiedy zacząłem fascynować się Ray Charlesem i żeby
uzyskać podobne do niego brzmienie głosu, próbowałem zmienić
barwę swojego. Z czasem ochrypłem, nabrałem patyny w
głosie i... zacząłem to wykorzystywać. Dziś nie potrafiłbym
już zaśpiewać niczego gładko i słodko. Co do jazzu, to nigdy
go nie uprawiałem raczej fascynował mnie blues i odłam
soulu, którym przecierałem ścieżki w polskiej muzyce
rozrywkowej przez trzy lata wraz z zespołem "Akwarele".
Nigdy nie umiałem precyzyjnie naśladować i to mnie
uratowało. Wypracowałem własny styl.
- A co z Bachem, którego twórczość zawsze była dla
pana największą skarbnicą pomysłów?
- Wiadomo, że Bach stworzył rzeczy niepowtarzalne i
wielkie dzieła. Cała polifonia czerpie dziś z jego myślenia
muzycznego. Ja nie czerpałem, chociaż jako pierwszy w Polsce
grałem na organach Hammonda, bo tę umiejętność wyniosłem z
kościoła.
- Kiedy miał pan 9 lat, wróżono mu wielką karierę
śpiewaczą, bo śpiewał pięknym altem chłopięcym. Ale później
stracił pan głos w wyniku choroby gardła i pewnie dlatego
śpiewakiem nie został?
- Nie wiem, skąd wzięła się ta legenda, nigdy głosu nie
straciłem, a predyspozycje wokalne dane mi były przez naturę.
To ojciec mianował mnie "Kiepurą", ale poza tym nikt się
tym, co potrafiłem, poważnie nie przejmował. Co
prawda, często chorowałem na zapalenie gardła, ale jak się
dużo śpiewa, to się choruje. Dopiero po latach doszedłem do
wprawy posługiwania się gardłem, co uchroniło mnie przed
tymi dolegliwościami.
- Pana głos jest niezwykle oryginalny, jedyny w swoim
rodzaju i niepodobny do innych. Czy pan to akceptuje i nie
ma zastrzeżeń, chociaż jest bardzo samokrytyczny w stosunku
do siebie?
- Dlatego jestem inny, gdyż nie umiem - jak już
powiedziałem - naśladować innych zbyt dokładnie.
- Z tym głosem, z tym stylem i z tą charyzmą, mógł
pan robić karierę światową, ale na próbach we Włoszech i we
Francji się skończyło. Dlaczego nie wyszło?
- Pozwoli pan, że przytoczę fragment wiersza K.C.
Norwida, pt. "Vanitas", jego pierwszą zwrotkę:
"Francuzom, że są najmądrzejsi, minister oświaty co rok
głosi. Anglik, nie mniej sam się ocenia, choć Włoch
porównania nie znosi". W 1965 roku otrzymałem na
Międzynarodowym Festiwalu w Rennes trzy nagrody, podpisałem
kontrakt ze znaną firmą płytową "AZ" i nagrałem 4 piosenki
na mojej jedynej płycie francuskiej. Dyrektor tej firmy był
na tyle zachwycony, że pozwolił mi zrobić wersję po polsku.
Dzięki temu powstał "Sen o Warszawie", lecz na tym się
skończyło, bo żeby kontynuować karierę, musiałbym zostać we
Francji i zmagać się z tamtejszym szowinizmem. Jak wiemy,
Francuzi pod tym względem są nieprzejednani i lansują
własnych piosenkarzy. Podobnie było we Włoszech, gdzie włoskie związki
zawodowe nie dopuściły mnie w ogóle, a miałem w 1970 roku
wystąpić na festiwalu w San Remo. To tylko my, Polacy,
byliśmy tacy gościnni i wylewni dla wszystkich artystów ze
świata. Próbowałem też wejść na rynek niemiecki, anglosaski
i tam również skończyło się na tym, że dbano tylko o swoich.
Ja byłem bezkompromisowy w tamtym czasie i robiłem swoje, bo
uznawałem, że muszę zachować własną odrębność. Choć miałem
bardzo dobre recenzje po moich koncertach w Niemczech, w
Skandynawii i w krajach Beneluksu, to jednak firma, dla
której nagrywałem, nie przyłożyła się prawidłowo do promocji
moich płyt. W rezultacie, w 1971 roku postanowiłem, że nie
będę czynił żadnych prób przebijania się na zachodni rynek.
Przez następne prawie 7 lat pracowałem we własnym studiu, w
sali prób Teatru Narodowego, za dyrekcji Adama
Hanuszkiewicza.
- W Polsce też niełatwo było panu egzystować, bo
ciągle wytykano panu, a to za długie włosy, a to zbyt
ekscentryczne stroje albo zbyt swobodne obchodzenie się z
literaturą narodową i poezją. Gorszył pan i bulwersował
Polaków, a jednak udało się przemówić do nich własnym
językiem i tym, co sobie pan założył. Za jaką cenę?
- Za cenę stresów, bo na zdrowie na pewno mi to nie
wyszło, chociaż nie dałem się do końca. Weźmy chociaż taki
festiwal sopocki. Ileż ja miałem trudności, żeby na nim
wystąpić?! Wciąż bano się mnie tam zaprosić. Dopiero w 1979
roku podjęto decyzję na tak i... wygrałem, otrzymując
nagrodę Grand Prix. Po sukcesie, zaczęto opowiadać, że
miałem układy. Typowo polskie piekiełko. Od samego początku
pozostawałem poza układami i jest to jedyna przyczyna, dla
której tak długo funkcjonuję.
- Apogeum pana najbardziej aktywnej działalności,
przypadało na niefortunne czasy komunizmu, który nie
zezwalał na lansowanie takich indywidualności jak pan. Jakie
były pańskie relacje z władcami kultury i systemu
politycznego w tamtych czasach?
- Były różnego rodzaju zabiegi ze strony decydentów.
Próbowano nas nawet obłaskawiać. W najmniej spodziewanym
momencie przyznano mi nawet Złoty Krzyż Zasługi. Była to
ewidentna próba pozyskania mnie dla swoich politycznych
celów. Przytoczę tu słowa Herberta: "Kto ma lepszą sztukę,
ten ma lepszy rząd".
- I co, przygłaskali pana?
- Nigdy, ale jak się gdzieś pokazałem, to zaczęto mi
przypisywać współpracę z władzami kulturalnymi PRL-u,
podczas gdy ja zawsze pozostawałem z nimi na bakier.
- Zostawmy już wspomnienia i odległe czasy,
zatrzymajmy się przy teraźniejszości. A propos - czy lubi
pan żyć wspomnieniami, czy też tym, co dzień niesie?
- Kiedyś byłem bardzo bezkompromisowy i nie oglądałem
się za siebie, miałem więcej przed sobą. Teraz mam mniej
przed sobą i automatycznie oglądam się również za siebie.
- I właśnie dlatego wstaje pan każdego ranka nie
później niż o godzinie ósmej?
- Bywa, że nawet wcześniej. Rano pracuje się
najbardziej efektywnie. To normalny i prawidłowy cykl
biologiczny. Próbuję być konsekwentny, chyba że muszę pół
nocy zarwać.
- Bardzo dużo pan pracuje przy komputerze. Czy on aby
nie zdominował pana całkowicie, a pan po raz pierwszy nie
poddał się jego magii i nieograniczonym możliwościom?
- Obecna komputeryzacja pracy ludzkiej, nie jest niczym
szczególnym. Komputer to narządzie bardziej efektywne, niż
inne. Cała seria "remasteringu" starych nagrań nie byłaby
możliwa bez komputera. Konkluzja jest prosta - komputer
jest narządziem, a nie celem. Do tego dochodzą tzw.
multimedia, czyli oprócz muzyki obraz i słowo. Bez
komputera nie poradziłbym sobie.
- Jak długo oswajał się pan z komputerami?
- Już 12 lat temu i z biegiem rozwoju tej dziedziny,
również się rozwijałem. Cały czas inwestuję w zakup
sprzętu, który daje mi swobodę w działaniu.
- Aby nie tylko pisać na nim wiersze, teksty piosenek,
ale także rysować?
- Kiedyś ręcznie projektowałem swoje płyty, teraz
komputer pozwala mi je przygotować do druku, że żadna
drukarnia nie może tego zepsuć.
- Czyli na dobre wsiąkł pan w multimedia?
- Tak by można powiedzieć.
- Skąd wziął się pomysł na zrekonstruowanie i wydanie
na płytach compactowych całego muzycznego dorobku?
- Musiałby pan sięgnąć do notek na moich płytach. Każda
zawiera swoją historyjkę związaną z danym czasem. Już
zapowiedziano wydanie 12 płytowej serii, a ja jej jeszcze
nie skończyłem. Obecnie pracuję nad 6 płytą. Po ukończeniu
całości będę się musiał zająć epizodami zagranicznymi, do
tego dojdzie muzyka teatralna i filmowa. W końcu tego roku
chciałbym wydać singla, zapowiadającego nową płytę z nowym
repertuarem. Jednocześnie w te działania wchodzi również
praca nad teledyskami dla wspomnianych piosenek.
- W swojej muzyce przechodził pan przez różne etapy,
nigdy nie zniżając się do łatwej komercji. Na jakim etapie
jest pan obecnie?
- Jestem trochę na rozdrożu. Przeraża mnie
nadprodukcja. Jest tylu śpiewających ludzi, których nie
obowiązuje żaden kunszt wokalny i żadna umiejętność
śpiewania. Tylko, że te "nowe rzeczy", które dopiero
powstają, dla mnie są wtórne. W zasadzie cały repertuar na
płytę mam od dawna napisany, pozostaje tylko zaaranżować w
taki sposób, aby nie ulec obowiązującej obecnie modzie.
- Czy nadal występuje pan na samodzielnych koncertach?
- Czasami wrystępuję z muzykami, niekiedy sam, jednak
niezbyt często. Miewam okresy wielkiej niechęci do
popisywania się.
- Dlaczego?
- Bo wydaje mi się to takie głupie. Z politowaniem
patrzę na tych, którzy mają wielkie pretensje, a niewiele
sobą reprezentują.
- Jak udały się wielkie koncerty z pana udziałem w
największych salach i halach, przypominające największe
polskie przeboje?
- Uważam, że nadzwyczajnie i przekonałem się, że pamięć
ludzka o mnie jeszcze się nie zatarła.
- Jak znajduje pan polski rynek muzyczny z nowymi
gwiazdkami?
- Całkiem nieźle. U nas prym wiodą kobiety znakomicie
śpiewające, dorównujące światowym standardom. Animatorzy
show-businessu wciąż chcą mieć nowe twarze, tylko co będzie z
tymi starymi, które jeszcze się nie zestarzały do końca?
Młodzież zawsze jest w opozycji do starszych i wiadomo, że
będzie słuchała przede wszystkim swoich rówieśników.
- A jak widzi pan miejsce na rynku dla swoich dwóch
córek, które także zaczynają śpiewać?
- Na razie zaczęło być głośno nie o tej, która naprawdę
debiutuje. Ale mniejsza o to, ta druga kończy nagrywać płytę
i jak wyda, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Natalia i Eleonora
mają jeszcze czas. Same nie podniecają się tym, co dzieje
się wokół nich. Z pewnością obie są utalentowane i jak będą
chciały, to proszę bardzo, niech śpiewają. Tylko, żeby
totalnie nie poszły za modą, chociaż to nie będzie łatwe.
Każda młodzież ma predyspozycje, żeby zawierzyć temu, co
modne. Nie będę do tego przykładać ręki, gdyż byłoby to nie
fair.
- Jak to? Puści pan córki na głębokie wody i nie
będzie im niczego doradzał?
- Jako ojciec zawsze doradzam, inna sprawa, czy one z
tych rad skorzystają.
- A jaki jest pana stosunek do kariery swojej żony,
słynnej modelki i fotomodelki, Małgorzaty Niemen?
- Osobiście nigdy nie ekscytowałem się modą, ale moja
żona robiła to z dużym wdziękiem i stała się oryginalną i
ciekawą postacią. Znam poprzez żonę sporo projektantów, ale
na modę patrzyłem i nadal patrzę z przymrużeniem oka. Jest
to zabawa, w której moja żona nie zwariowała na serio, bo
np. na co dzień ubiera się byle jak.
- Na co dzień unika pan tłumów, zgiełku, lubi spokój i
ciszę. Z czego to wynika?
- Tłum mnie przerażał od wczesnego dzieciństwa, od
momentu, kiedy zemdlałem w kościelnym tłoku.
- A co z życiem towarzyskim i bankietowym?
- O, to nie dla mnie, nie odczuwam takich potrzeb.
- Czyli z natury jest pan samotnikiem?
- Przyjaźnię się z różnymi ludźmi, ale nie spotykamy
się ze sobą po to, żeby urządzać party i popijawy.
- I nie jeździ pan już tak szybko samochodem, jak
kiedyś?
- Tak naprawdę, to ja już nie potrzebuję jeździć i
można powiedzieć, że nie mam samochodu. Tam, gdzie muszę
dojechać, zawsze mnie podwiozą. Wszyscy chcą mieć samochód,
ale nie zdają sobie sprawy, że ledwo sami się mieścimy, a tu
jeszcze samochód! Jest to przerażające.
- Czy to prawda, że żelaznym punktem dnia w pana domu
są "Wiadomości telewizyjne"?
- Lubię oglądać "Wiadomości" ze względu na walor tego
typu programu, a mnie interesuje psychologia i czasami
analizuję - dlaczego właśnie takie wiadomości, zdaniem
telewizora, są najważniejsze, bo sam znam milion innych
bardziej ważniejszych. Często polemizuję z telewizorem i
dlatego oglądam w nim programy.
- Podobno każdy dzień rozpoczyna pan od lekkiego
rozruszania się, bo uważa, że forsowna gimnastyka w pana
wieku nie jest wskazana?
- Gimnastyki nie robię, ale jak wpadnę w trans, to i 16
pompek zrobię!
- Jak znosi pan upływ czasu?
- Bez bólu.
- Mając możliwość cofnięcia go lub zatrzymania,
skorzystałby pan z tego i dokonał zmian?
- Zostawiłbym przepływ czasu zbiegowi okoliczności.
- "Dziwny jest ten świat" - śpiewał pan w swoim
największym przeboju. Czy dziś ów świat jest dla pana
jednakowo dziwny i skomplikowany, czy też niewiele się w nim
zmieniło w jego złożoności, dziwności i zawirowaniu?
- Kiedyś wypowiadano się na temat tekstu tej piosenki,
że jest to "bajoro poetyckie", tylko nie rozumiano jednej
rzeczy, że prosta informacja tekstowa, odpowiednio podana,
ma większą wagę, aniżeli bardzo wykwintny i poetycki tekst.
W nim zawarte są trzy rzeczy: dziwny jest ten świat ludzkich
spraw, wiara w rozsądek człowieka oraz nawoływanie do
zaniechania nienawiści. Świat jest piękny, tylko sprawy
ludzkie są brzydkie, coraz brzydsze.